Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie zajmuje. A zwłaszcza góry... Ach, wiecznie chciałabym tu mieszkać!
Spojrzała przymglonym wzrokiem na Prometeusza i zauważyła w jego oczach zdziwienie wdzięczne i zachwyt. Więc tembardziej zatopiła się w zadumie i, jakby przez sen zachwytny, mówiła:
— Co za rozkosz tak bujać, jak orly ponad wierchami... zdaleka od gwaru ziemskiego, od ludzi... i żyć tylko wśród piękna, które nas otacza...
Przez mgłę dojrzała w oczach jego już tylko zachwyt szczery. Tlumiąc zadowolenie serca, spytała tęskno: — Pan tam, mimo tych cierpień, musiał być szczęśliwy...
I popatrzała mu w oczy.
,— Tak... czasem — odrzekł spłoniony Prometeusz. — To jest... śniłem o szczęściu...
— Tak patrzeć z wysokości na cały świat... na ludzi...
— Właściwie, to...
Namyślał się, niezwykniony do słów, jak uprzystępnić swoje skromne wnętrze przed tą piękną, poetyczną duszą.
— Właściwie wszystko, co... myślałem, odnosiło się do ludzi... Nie mogłem o nich zapomnieć, mimo... sępa. A może właśnie... przez niego. Przyznam się pani... chciałem się przemóc, zdusić ten