Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czemu.pan taki milczący?
— Ja? — wyjąknął, strwożony. — Myślę, jaka pani dobra...
Panna Irys zarumieniła się zlekka, zadowolona.
— Oh, nie mówmy o tem, proszę... Niech mi pan wierzy, że dla każdego uczyniłabym tosamo. Nie mogę patrzeć na cierpienia...
— Kiedy ja... właściwie... — jąkał Prometeusz i w myśli dokończył, rozumiejąc, iż glośno wyrzekł. W.samotności długiej nie odróżniał już myśli od mowy.
I dalej postępowali w milczeniu. Panna Irys wysilała swój umysł, iżby powiedzieć coś bardzo głębokiego, coby Prometeusza zachwyciło, ale napróżno mozolila główkę — nic nie mogła umyślić. To ja zaś niepokoiło, a wreszcie i gniewało, iż on szedł obok niej, a zdawał się czem inszem mieć głowę zajętą.
— Spocznijmy chwilkę — rzekła, siadając na jednym z głazów, które walały się w piargu koło drogi.
Prometeusz posłusznie usiadł obok.
— Jak tu pięknie! — szepnęła po chwili, zatopiona, zda się, cała w zachwytnem zamyśleniu.
— Tak — odszepnąl grzecznie Prometeusz.
— Ach, jak ja kocham piękno! — mówiła glosem melodyjnym. — Nic poza tem na świecie mię