Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Och, miłość!... — szepnęła marzaco panna Irys.
— Nieraz, gdy noce czarne przyszły i, jak daleko okiem sięgnąć — a ze sępiej swej wyżyny przebiegać mogłem obszar wielki — nigdzie światełka... Wówczas rozpalała się rana mego serca i, jak ognisko rubinowe, świeciła w pustce zmroczniałej. Czułem się latarnia zbawczą dla pielgrzymów, zawieszoną u wysokiej skały.
Stał się wielce wymownym, aż panna Irys z nieukrywaną radością przerwała:
— Ja czułam, że pan musi być poetą! Prawda, że zgadlam?
— Niestety — odrzekł, stropiony — nie pisałem wierszy. Mogłem tylko śpiewać pieśni o swoim... sępie.
— Właśnie, o sępie. Ja to gdzieś nawet czytałam. Pan jest prawdziwy poeta!
— Oh, pani — bąknął zawstydzony Prometeusz.
I znowu milczeli chwilę.
— Jak to dziwnie los kieruje... — rozpoczęła tym razem panna Irys. — Zawsze lubiłam chodzić w tę dolinę. Jakby przeczucie jakieś mię tu wiodło. A dziś tom szła jak we śnie, jakąś siłą tajemniczą pchana... i coś mię ciągnęło w głąb... ażem spotkała pana.
— To dziwne... — rzekł podobnie wzruszony Prometeusz — bo i ja... jakbym się pani spodzie-