Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i pan tyz musiał zgłodnieć. „Diabła! — mówi — juz-ech sie pytał. Nic ni mają, cheba kozie mleko”... Tfu!... splunąłech, bo mi sie zbacyło, jak mie raz u jednego komornika pocęstowali, niech im Bóg nie pamięta, dobrzy ludzie. „To to koziarze! Widać... Z cegoz by insego zyli? Ale po co im to miasto, te murowanice? Skryłby sie hycel pod krzak, jakby niepeć przysła, i byłoby. Po co ludzi ćmić z daleka miastem. Ale widzą pan — mówię — jak oni nas opatrują, jak ocami taksują kuferki. To niebeśpiecny naród”...
— „No, zbieraj sie!” Przynagla pan. „No dyć dobrze, ja gotowy, pakunki zaraz bierę — mówię — ale jakze tak na piechotę... przecie tu moze mają jakie bydlę, coby pan na nim zjechał”... — „Nic ni ma — mówi — ani osła, ani zadne rzecy, ktora jego jest. Leć wartko, zatrzymaj poganiaca, niech zawróci”.
Poleciałech w te pędy, dostałech sie wnet na otwartą drogę — widzę go z daleka, wołam — ten nic, jak głuchy. Zleciałech na dół i dopadłech go na zakręcie. „Dawaj pikolę bestyję! — mówię zdysany — abo grandę, abo obie wraz. Co tchu!” I zastąpiłech bydlętom. A ten kijem wywija i zagania. Nie chce. „Zjadłeś diabłów! Ja cie tu bedę prosił!” Porwałem osła za chomont i ciągnę. Ale ka byś z bestyją... Zaparł sie wsyćkimi śterema nogami i ani rus. A Włoch ręce włozył w kiesenie i patrzy. Taka mie, wiecie; wtedy złość por-