Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wała, zebych był osła zabił, i tę drugą bestyję, i tę trzecią. Ale jakiś święty ustrzegł. Ludzie jacysi dochodzili, toz to mi opamiętanie przysło. Zwróciłech sie do poganiaca i zacąłech mu na rozum wykładać: ze niech sie nie boi, ze zarobi, ze tych ludzi na świadków bierę... Ale nie, nie dał se wyłozyć — pognał.
Co było robić. Nakląłem mu ino w duchu i zawróciłech nazad. „Co tyz to za naród! — myślałech se idący w górą — ani tak z nim, ani owak, jak i z tym osłem”... Pan na mnie cekał, rozmawiał z Włochami. Niecierpliwił sie juz, widać. Skoro mie dojzał: „Coz?” — pyta sie wartko. „Nie chce zawrócić. Pognał”. Pan podumał chwilę. „No, bier kufry i pódziemy”. I poślimy, ale insą drogą, o której panu powiedzieli, ze je krótsa i do inse stacyje prowadzi.
Uślimy juz kawał setny... Moisciewy! jak nas tyz złapił dysc, to sie widziało, ze nas do znaku zatopi. Nie strugi, ale potoki z chmur, z nieba prościutko na nas leciały. Wyznalimy tyz! Ja jesce jak ja — to mi ta niedziwne, choć takiego naremnego dysca to u nas nie bacę — ale pan mój to juz ledwo lazł, taki był biedny. Zal mi go było doprawdy, choćech i siebie lutował, bo mi kufry ocięzały od wody i gnietły plecy. Pociesałech go, jakech mógł. „To nic“ — mówię — „to przeleci, choć nas ta pomocy”... To znowu chciałech go oześmiesyć i mówię: „Prosę pieknie,