Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


grandzie, a za nami poganiac z bijakiem. Co sie tyz ten całą drogę nadarł! Juz se uzył za wsyćkie spokojne casy. Co chwila, to: „avanti!” co miało znacyć: „wio!” A zadne go nie słuchało. Osieł seł tak, ze juz cheba powolniej trudno, a muł za nim jak za prefesorem. Casem poganiac doskocył, to go udarł kijem, to sie wtedy muł rusył o pół kroku więcy; trzy ćwierci juz by było za duzo. A osieł nic, nawet pół ćwierci nie przyśpiesył. Seł zadumany i widziało sie, ze na cały świat nie uwaza. Ale to ino na poziór, bo w gruncie rzecy myślał ciągle, jakby sie cięzaru pozbyć. Rosły cierniaki koło drogi, to choć miał miejsca doś na drodze, umyśnie zbocył ku cierniakom i tak sie o nie otarł bokiem, ze pan wniebogłosy wrzasnął. Abo znowu ponad przepaścią seł na samym kraju, na ostatnich kamykach, choć drogę miał wolną. Co sie tyz pan strachu najadł, to ani, ani — za zycia bych nie chciał.
Śródwiecerz był, jak my sie pod wierch wydostali. Minęli my zakręt. Pojrzę w górę — i ocom swoim nie dowierzam. Widzę jakiesi mury koło wierchu, jak zamki nieprzystępne. Okna sie świecą — wyraźnie widać domy... Zdumiony pytam sie pana. „Co to?” — Powiada: „Miasto, do ktorego jedziemy”. — „Hej! takze mi pan mógł gadać! Ja myślał, ze ka w jakie turnie... Miasto na górze! Cud świata”. Pozieram i myślę se: „Hej! musi tyz tam być wesoło!” i przynaglam grandę