Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bestyję, ale ka byś ta poradził. Droga sie robiła coraz bardziej stroma i ledwośmy sie pomykali.
Widziało mi sie z dołu, ze za godzinę tam bedziemy, a tu dobre półtrzecia godziny usło, nim my do murów dobili. Wjezdzamy... i jakby mie kto pałką po łbie przywitał... Smród, brud, no jednym słowem — ućciwsy was i te obrazy — nawóz... Pojrzę na pana i — jemu sie nie dobrze zrobiło. Ino jeden poganiac, jakby nowe fantazyje nabył, wywija kijem i wykrzykuje, co głosu moze wydobyć: „Avanti!”
Na to zahucało tak w mieście, jak w ulu pełnym trzmieli. Ze wsyćkich okien pocęły sie wychylać głowy rozmaite — najcęściej śniade, kosmate i nie umyte — i pocęły latać słowa, wykrzyki niezrozumiałe; jednoch se ino zapamiętał, co się cęściej powtarzało, to jest „forestieri!” Nie wiem, co to miało znacyć, ale na to, jak na hasło, pocął sie naród zewsąd zbiegać i wnet całe miasto sło juz za nami z okrzykami, jakby sie nas tu od wieków spodziewali.
Myślę se: „Cy tyz to nie pogany i cy nie wzięli pana mojego za Mesyjasa? Zdajać sie moze i to, ze na ośle wjechał”. Tu mi przysło zaraz: „Ze jakby tak, to by nam tu było dobrze. Dbaliby o nas, dawaliby, co by ino dusa zapragnęła. Niech-ze ich tyz ta Duch święty nie oświeca, pokiela my są — myślę se — boby my duzo byli stratni”. Tak mie ta myśl opętała, zech jak w osołomieniu