Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Jakze my tam w te Tatry pódziemy? — pytam sie pana. — Moze by my tu zacekali na tę panią?” Ale pan se ani przykładać nie dał. „Zaraz — powiada — wyrusymy”. Tak go za tą Jangielką gnało. „Ba! wyrusyć mozemy“ — mówię — „ale jakoz? ja z pakunkami, pan na piechty”...
— Nie tróbuj sie — powiada.
Poseł do Włochów, co stali niedaleko z ręcami w kieseniach, i porozmawiał z nimi, a ci pośli i przyprowadzili za chwilę dwa bydlęta, co sie w tamtejsej gwarze nazywają granda bestyja i pikola bestyja, to znacy: muł i osieł. Stały te stworzenia smutne i śmiesne przy tym co niemiara, a pan tymcasem ugodził sie za nie i poganiaca najął.
— „Jakoz my to na tym pojedziemy?“ — pytam sie, skoro pan nadseł. — „Dy to takie stworzenia, zeby cłek płakał nad nimi i śmiał sie. Ja bych za zycie na tym nie chciał jechać”. Ale pan nie uwazał na to, kazał mi włozyć pakunki na grandę bestyję, a sam wsiadł na pikolę — rusylimy — ja koło grandy podtrzymując pakunki, bo sie wazyły na boki, poganiac za nami z kijem. Była tyz to jazda, była! Skoda, zeście nie widzieli. Uśmielibyście sie.
Zaraz za miastem droga sie wznosiła i sła na skos przez uboc, a potem coraz stromiej ponad przepaście. Pan jechał na przodku — jak sie juz rzekło — na tej pikoli bestyi, ja za panem przy