Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wesoło, głośno, jak z jarmaku. Wsędy sie za nami obzierali.
Alech sie musiał wnetki z tymi malarzami rozstać. Jednego rana pan powiada: „Zbieraj sie, Jędrek, pojedziemy”. — „Cy juz ku chałupie?” — pytam sie. — „Nie“ — mówi — „pojedziemy do gór”. Jangielka tam pojechała, i pan postanowił za nią. Miałech powiedzieć panu: co sie tyz to po górach za babami włócyć, kie ich tu doś, alech juz nic nie powiedział. Spytałech sie ino, rychło wrócimy. Pan powiedział, ze moze nieprędko i zebych wziął, co potrza. Powyjmował rzecy niektore co bych do mniejsych kufrów zapakował, i skocył pozegnać sie do hrabine. Tego tom juz ni mógł pojąć. „Tu do jedne, a tam za drugą... Jak to moze być?” Alech se pomyślał wreście: „Cy ja mu strykem abo ojcem? Oświatę ma więksą niz ja, to on ta juz wie, co robi”.
Wyjechalimy ze Rzymu koleją na wschód cy tyz na połednie — bo, jakech juz powiedział, całkem mi sie strony świata poprzeinacały — i jechalimy i bez Antykol, i bez kieła miast mniejszych, ale juz nie bacę ich nazwy. Co mi sie wydawało dziwne, to to, ze nikany wsi nie widać było. Myślę se: „Kany tyz tu chłopski naród mieska?” Dopierom sie poźni miał dowiedzieć.
Zajechalimy do miasta, co sie nazywa Subijako; tam my z koleje zesiedli. Patrzę — górzyska przed ocami, ze wirchów trudno dojrzeć.