Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ze kyrpców widać zaden z was nie sył, bo nie takie są, jak mają być”. Śmiali sie temu i powiedzieli mi, zech jes chłop grecki, to niby znacy: do rzecy, zech im sie udał.
A raz znowu pojechałech z nimi za Rzym, do tego miejsca, kany świętego Pawła ścięli. Jest tam klastor spaniały, mieskają w nim zakonniki, nie bacę ino, jakiego zakonu. Mają se sklep przy kościele ze świętymi relikwijami i wysynk święconej wódki, ktorą sami umieją robić. Nazywa sie ta wódka jakoś... kaliptówka cy tyz jesce inacy, nie bacę. Dwóch bracisków synkowało. Popili my sie ućciwie i bracisków my opoili setnie. Prosili mie towarzyse, coby im „zbójnickiego” zatańcować. Sprawiałech sie, ze nie umiem. Ale ci nic, ino: „Musis! musis!” Juz my sie przy ty wódce pobracili. Ja tyz zatańcyłech im „cyfrowanego”, naskiego... Powiadani, ze to zbójnicki — uwierzyli. A dwa braciski tak sie śmiały, ze sie az po ziemi walały. Wesołe były zebraki. Na odchodnym kupiłech niewycytajęcy dwie relikwije święte po korunie, ino nie bacą z jakiego świętego; przyniósłech haw babie, niech se ta ma.
— Moze byście tyz udzielili — szepnęła któraś z kumoszek do Jędrzkowej.
— Kiedy tyz ni ma co dzielić — broniła się — bo tak jak ziarko.
— Wrócilimy do Rzymu — ciągnął Jędrek —