Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nizeli panowie. Stoję se, niby tak bez zadnego zamiaru, a medytuję. „Zeby sie tyz to jako dostać do Ojca świętego, coby mie ino pobłogosławię!. Niech juz potem bedzie, jako chce”. Porusenie sie jakiesi zrobiło za drzwiami. Panowie sie przysuneli. Mnie serce zadygotało, nadsłuchuję... Pan mi powiada: „Nie pchaj sie”. Ja udaję, ze nie słysę. Kaz sie bedzies cłowieku grzysny pchał, jak nie do zbawienia?
W te razy drzwi sie otwarły i tum wyraźnie ucuł łaskę boską, bo mnie widać ze stroju wzięli za, ślachcica, a o panu moim myśleli, ze to mój lokaj, i mnie naprzód przepuścili, a pana odcofli. Nie wiem, jako sie ta sprawiał i cy go potem dopuścili, jak im wyłozył omyłkę, bo ja juz na nic nie uwazał, ino prościutko — jakech wseł — do Ojca świętego... Dziś go widzę, jak se siedział na wysokim krzaśle — biały gołąbek, chudziutki, zmizerowany, zbiedzony, ze mi sie go aze zal zrobiło. Jesce mu na tę głowę świętą jakisi cięzar włozyli, ze sie aze zgiął pod, tym... I tak se siedział, a koło niego stało paru księzy cy biskupów, bom sie im nie przyjrzał dobrze. Gruchnąłem przed nim na kolana — łzy mi sie do oców cisły... „Ja tyz nie godzien — jąkam — ale mie tyz niech pobłogosławią, jak Ich przenajświętsa wóla”... Pojrzałech z dołu ku niemu załzawionemi ocami, on tyz parę łez nade mną upuścił — i tak my se oba zapłakali. Potem przemówił cosi