Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gwałtem chces — powiada — to cie wezmę, ale nie dalej jak do drzwi, za ktorymi bedzie Ociec święty. Mozes tam na mnie pockać i mozes sie tymcasem poozpatrować po salach”.
Nie było mi to na wólę, ale coz miałech robić. Dobre i to. Myślę se; „Niechze bedzie, jako bedzie”. Skoro ten dzień przyseł, wystroiłech sie, przyobułech nowe onycki, a pan sie na carno ubrał — i pojechalimy.
W, bramie pałacu wstrzymała nas warta, ale nas potem przepuściła, skoro pan papier pokazał i cosi z oficyrem porozmawiał. Jakech wstępował po stopniach, to mi tak serce biło, zech sie o ścianę musiał oprzeć cosi ze trzy razy. Dziandary stały na kazdym zakręcie — po dwoch, straśnie wojemnego wzrostu. Alech se potem pomyślał: „Przecie tu Ociec święty mieska, nie zaden strasny munarcha — coz sie mam bać?” i juzech śmielej za panem moim postępował.
Zaślimy wreście do sali, kanych miał na pana cekać. Ozglądnąłech sie — do znaku tak jak w kościele: marmury, wyzłacania, malowania rózne. Przy jedny ścianie stało dwoch rycerzy w mundurach zółtych z białymi paskami cy tyz na odwrót, bo nie bacę. A zaś blizy drzwi stało kiełku panów i rozmawiali po cichu ze sobą. Pan sie tyz ku nim przyblizył. Myślę se: „To pewnie za tymi drzwiami bedzie Ociec święty”. I tak-ech sie nieznacnie zaposuwał, ze-ch sie nalazł blizy drzwi,