Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


po łacińsku, a potem wyciągnął rękę, pobłogosławił mie urocyście i dał mi na ostatku pierścień do ucałowania. Wstałech, jak winem najlepsym opity i wysełech tak letko, jakbych skrzydła miał, nie nogi. Wychodzęcy pomyślałech se: „Zeby sie to tak do nieba bez omyłkę dostać”...
— No, toście juz najlepsego na świecie doznali, nie zal wam bedzie i umrzyć — mówili słuchający zazdroszcząc w duchu Jędrzkowi. — A jakze z panem wysło?
— Nie wiem, jak, powiadam, bo ja na górze na niego nie cekał. Zaraz-ech zeseł na dół, bom sie i obawiał trochę, ze moze być źle z tego, jak sie postrzegą. Pan mi tyz nic nie pedział, bo zły był na mnie straśnie. Ja se ta nic z tego nie robił — miałech za to błogosławieństwo; to, myślę, więcy warte jak pańska przychylność. Zreśtą myślę se: „Wygniewa sie, to sie i wydobrzy”. I tak tyz było. Długo nic do mnie nie gadał, a potem pomału zacął, ino mi zadziesiątał raz na zawse, cobych sie nigdy nikany nie pchał przed nim piersy. Ja mu tyz posłusnoś przyobiecał, bo coz mi to wadziło.
Zreśtą ka by ta był o tym jednym myślał wse, skoro insym miał głowę zajętą. Coraz to cęściej zachodził do te hrabine, co my ją na korsie spotkali. Juz sie powaźnie tym zajął. Spodziewałech sie, ze wnet usłysę o weselu i juz-ech kyrpce