Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wozu. „No, to juz dobrze” — pomyślałech i nie omyliłech sie. Pan był potem cały cas uradowany i mnie dał lirów kilka. Złozyłech niewycytajęcy jeden na ochfiarę, na to, coby sie panu w tym interesie poscęściło, boby ta i mnie co więcy kapło z te obfitości.
Do te hrabine pan cęsto zachodził i mnie raz posłał z listem. Ale trafiłech na taki cas, że jesce nie była ubrana, i wstyd mie było straśnie, jakisi pan tam u nie był, moze brat abo dochtór, bo sie je nic nie wstydził.
W tym casie byli my tyz u Ojca świętego...
— No, przecie! — ozwał się głos w gronie słuchających niewiast. Niektóre, dalej siedzące, wstały i bliżej podeszły.
— Ale to juz musę jakiemusi świętemu przypisać, ize mnie tam doprowadził, bo to nie tak łacwo, jakby sie wam mogło zdajać.
Pan mój, jako ze ślacheckiego rodu, wystarał sie za pretekcyją znajomego księdza cy biskupa, ize miał być dopuscony przed święte oblice z kielkoma osobami wysokiego stanu. Jakech sie ino o tym zwiedział, molestowałech pana, coby mie ze sobą przywziął. Ale pan zrazu powiadał, ze to ni moze być nijakim zywym sposobem, bo tam ino jako pielgrzym — i to nie sam jeden — cłek prosty moze być dopuscony. „To ja bedę jako pielgrzym — mówię — i nie sam bedę, bo z panem”. Na to pan sie oześmiał. „No, skoro tak