Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Za to potem, Bogu niech bedzie niewymowno, byłech cosi w stu kościołach abo we więcy, bo trudno było dorachować. A jeseech i tak połowy nie doseł.
— To tam sie dopiero ludzie modlą! — wtrąciła któraś z kumoszek zazdrośnie.
— Cały dzień pewnie, i mają cas na to...
— Hale! Tyz za to, ze telo kościołów, to sie z nimi oswoili i tak sie im to widzi równo, cy kościół, cy co insego. Nijakie ćci nie widać. Byłech na paru nabozeństwach, tom sie przypatrzył i przysłuchał wsyćkiemu. Ludzie se chodzą, rozmawiają, nikto na księdza uwagi nie daje. Dopiero, jak na chórze zacną śpiewać, to sie w kościele ucisa. A po śpiewie zaś to klaskają w ręce, podobnie jak to w tyjatrze. Ale wyście nie widzieli. To wiecie tak, jak to małe dzieci, kiedy są rade cemu.
— Co wy tyz opowiadacie!
— To wiecie tak tam nabozeństw słuchają...
— Ani sie wierzyć nie chce.
— Nie wierzcie, jak nie chcecie, ja was nie bedę przymusał. Ale to święta prawda, co wam opowiadam. Jakzeby ja miał odwagę o Rzymie kłamać?
— Juści, ze trudno, bo jakze... o to was tyz nikt nie posądzi, broń Boze, ino sie tak dziwno zdaje... To i księzy musi tam być duzo, skoro telo kościołów?