Strona:Verner von Heidenstam-Hans Alienus.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


klęte piękno. Należy podkreślić, że duch współczesny zakłada chętnie swe ognisko domowe w tego rodzaju barakach cielesnych.
— Ano więc... — podjął Jason tymsamym szeptem — możemy mówić swobodnie. Chcę cię prosić, byś nie deklamował nigdy na temat szczęścia w obecności Almeriniego. Znasz go przecież. Mimo swych wąsów, wrzaskliwego śmiechu i demonicznego wyglądu, jest to poprostu wosk. Wynajm lepiej salę i wygłaszaj zwyczajne odczyty.
— Cóż do licha!
— Rób co chcesz, tylko nie rezonuj wobec Almeriniego. Wiesz, że to Don Żuan... teoretyczny! A jak łże! Niema wieczoru, bym nie musiał wysłuchać mnóstwa najfantastyczniejszych przygód miłosnych: ostatniego tygodnia. Szkoda, że nie spojrzy w zwierciadło! Jeśli ma nie przestaniesz nabijać głowy swemi bredniami o szczęściu, pójdzie na marne. Znam go i ręczę ci! Betty dobrze czyni, oponując mu i to ci chciałem powiedzieć właśnie. Takie moje zdanie. Takie jest moje najgłębsze przekonanie! Przyrzeknij, że będziesz z nim mówił o czemś innem, o interesach, polityce, wyborach i t. p., byle tylko nie o filozofji!
— Przyznaję, nie jestem jego wielbicielem, — odparł Hans Alienus — toteż przyrzeknę ci, co chcesz, jeśli mi również dasz ze swej strony pewne przyrzeczenie.
— O cóż idzie?
— Przyrzeknij mi mówić zawsze basem!
Pestkowate oczka Jasona błysły.
— Wiesz przecież, że nie mogę! — powiedział.