Strona:Verner von Heidenstam-Hans Alienus.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Hans chce się także z tobą trącić! — rzekł Almerini. — Widzisz, postanowiliśmy obaj żyć wyłącznie dla szczęścia! Otóż zaraz przyszła nam chętka na coś smacznego. Zdaje mi się tylko, że kukurydza w twej polencie...
— Niema wcale kukurydzy w tej polencie! To sama semolina. Ale równie dobra. Trzeba tylko dodać do mleka podczas gotowania trochę soli... dwa, trzy razy na koniec noża... i zasypać semoliną dość gęsto.
— Rozumiesz się na tem świetnie, drogi Jasonie... Ale, doprawdy, nie warto wszczynać hałasu o takie głupstwo... nieprawdaż, chłopcze?
— Ano... hm... jeśli koniecznie chcesz, będę milczał... Tylko używając semoliny, jeszcze trzeba dodać nieco kajenny do sera, przed posypaniem. Płatki ciasta smaży się przez pół godziny na oliwie... ale ogień musi być wolny... całkiem wolny!
— Znasz się na tem świetnie, mój chłopcze!
Podszedł do drzwi, a mijając Hansa, szepnął mu.
— Ten chłopiec staje się uległy, niby dziecko, gdy tylko łyknie trochę. Czasem nie wytrzymuje paru szklanek nawet i muszę mu w kuchni wsadzać piórka w gardło, by oddał truciznę i przyszedł do siebie.
Hans odparł głośno:
— la zaś powiadam ci, Jasonie, że człowiek, który wychodzi właśnie z twego pokoju, to nikczemny tchórz!
Almerini skoczył, a żyły mu nabrzmiały.
— Kogóż to masz na myśli?
— Domyśl się!
— Zaraz cię przekonam, żeś się omylił! — krzyknął Włoch, uchylił drzwi i zawołał: — Dziewczęta!