Strona:Verner von Heidenstam-Hans Alienus.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dwoma czarami żywych wężów miedzianych, jednego z watykańskich więźniów marmuru i zmusi pochylić przed nim głowę naszego ducha współczesnego, posiadacza patentów i chemikalii. Wierzaj mi, prędzej czy później zjawi się taki mąż, choć zresztą może nie na schodach sztokholmskie] katedry.
Zmierzch zapadał, a ostatnie promienie słońca złociły dolną część zimnego zwału chmur deszczowych. Fontanna Berniniego na placu rzucała w powietrze snopy wody, co przepływała pośród podziemnych ruin i grobowców Rzymu, nucąc hymn wspomnień z czasów pełnego żywota ludzkości.
Betty zapaliła dwie świece, a Almerini napełnił szklanki. Miała się rozpocząć zabawa. Dotąd padło jeno trochę słów.
Nagle zaturkotalo w ulicy, a Almerini wyjrzał.
— Mama pewnie wraca! — rzekł sztucznie obojętnym głosem. — Trzebaby wyjść naprzeciw.
Dziewczęta wybiegły, a Almerini chciał też iść, ale w progu napotkał zbudzonego właśnie Jasona. Wziął go pod ramię i zawrócił.
— Nie bierz nam za złe tego figla, drogi Jasonie! — prosił. — Przytem... wiesz, jak nerwową jest Elżbieta... nie mów jej o tem!
— Hm?
— To i tak na nic! Lepiej nie wspominać!
— Hm!
Jason był zaspany i chciał wszcząć kłótnię, ale Almerini jął uspakajać.
— Zresztą, — dodał — rób co chcesz, ale musisz pić z nami! Wszakże jesteś gospodarzem w tym pokoju.
Jason mruknął coś, ale wziął podaną szklankę i wypił.