Strona:Verner von Heidenstam-Hans Alienus.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


świątynie odbite w wodzie i pasterza, grającego w cieniu drzew na fletni. Na dywanie ustawili fotel, zwrócony ku środkowi pokoju.
Hans powiedział:
— Wieczory, w które się spotykać mamy, na, zwiemy wieczorami związkowemi i za każdym razem jedno z nas zasiędzie w złoconym fotelu, by podjąć swobodną a milą rozmowę na temat różnych spraw życia. Czy zgoda?
Wszyscy uznali projekt, a biegający coraz to szybciej Almerini zacierał z zadowoleniem male, chude rączki.
— Pierwszego wieczoru tobie, Hansie, przysługuje fotel! — powiedział. — Ale czekajże. Nie mogę znieść, byś zasiadł w zwykłym, współczesnym stroju. Mam w szafie płaszcz pielgrzyma, w którym ojciec mój odbył pielgrzymkę do Grobu Świętego. Jest on biały, nie zaś brunatny. Weź go na ramiona, a za każdym razem wystąpi w nim przewodniczący zebrania.
Wyszedł ostrożnie i cicho, by nie zbudzić śpiącego jeszcze w jadalni Jasona, a wróciwszy, zarzucił płaszcz na Hansa i z pewną uroczystością posadził w zleconym fotelu.
— A teraz zacznijmy od początku, Hansie! — rzekł Włoch, kreśląc w powietrzu wielkie kolo. — Czy możesz się dopatrzyć sensu w tem wszystkiem?
— Cóż masz na myśli?
— Całe życie. Powiadają, że jest to walka o byt.
— Byt nie jest sam w sobie większem od niebytu szczęściem, nie może tedy wabić do życia. Zycie to czyn i warunkiem jego jest pożądanie.
— Tedy życie musi być walką o pożywienie!