Strona:Verner von Heidenstam-Hans Alienus.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


trawiasto-zielonego parasola z mosiężną rączką. Niebawem też znaleźli się wśród ulewy.
Hans Alienus trzymał w jednej ręce parasol, w drugiej kapelusz Giovanniego, z tyłu miał za sobą Jasona, a pod każdem ramieniem jedną z Włoszek. Nie mogło mu być lepiej, szedł tedy, jak jeno mógł najpowolniej, gdyż nie wiedział doprawdy w tej chwili, która z dziewcząt jest mu milszą. Od pierwszego zaraz dnia uczuł dla obu skłonność... czemużby też właściwie woleć jedną? Celem jego na czas naibliższy było szczęście, a czuł się szczęśliwym w ich towarzystwie. Teraz jednak gdy uczuł, że Giggja opiera się niezwykle ciężko na jego ramieniu, uczuł, że skłonność ku niej przeważać zaczyna. Spróbował kilku żarcików pod jej adresem, ale patrzyła w bok, na deszcz, i zdawała się myśleć o wszystkiem, prócz o tym, którego trzyma pod ramię. Nagle przyszło mu na myśl przymknąć trawiasty parasol, tak że woda spłynęła na obie towarzyszki.
Łając i żaląc się, musiały trzymać się wszelkich zakrętów i zygzaków, jakie opisywał, on zaś żartował i dał się prosić. Woda deszczowa, pomieszana na ich sukniach z mąką, utworzyła wielkie plamy klajstru, a błoto wlewało się w niskie pantofelki dziewcząt. Gdy się wreszcie zdecydował rozpostrzeć na nowo parasol, chciała mu Elena odebrać kapelusz Giovanniego, twierdząc, że go wala. Każde ciągnęło za jedną stronę krezy i ta utarczka przechyliła znowu uczucia Hansa na stronę milczącej, roztropnej Eleny. Giggja była zresztą jeszcze niemal dzieckiem.
Rodzice Giggji, u których mieszkała Betty i Jason, zajmowali apartament w domu narożnym przy Piazza Navona. Giovanni, który pospieszył przodem, stał już,