Strona:Verner von Heidenstam-Hans Alienus.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Słuchaj, Betty, czemu tak często mówisz: Alenius?
— Bo ojciec jego w ojczyźnie nosi to proste i naturalne nazwisko, to też nie chce się trzymać głowy, by syn zwać się miał Alienus, co brzmi ciężko i jakoś antykwarycznie.
— Jakaś historia musi być związana z tą zmianą nazwiska?
— Tak. Wiesz przecież, że pokłócił się z ojcem. Ale to długa opowieść. Czy masz może jeszcze kilka pastylek, Giggio? Tak tu gorąco!
— Oto woreczek. Ale bądżmyż cicho, gdyż przeszkadzamy sąsiadom.
W istocie, kilka kobiet z pobliża jęlo rzucać niecierpliwe spojrzenia szeptającym dziewczętom. Betty podniosła znów pince-nez na wysokość oczu i zapatrzyła się na scenę przy ołtarzu.
Drżący głos śpiewał mszę. Z poza obłoków kadzideł przeglądały ciemnoszkarłatne, ponure sybille i prorocy, oraz zwarte w kurczowy splot, postaci sądu ostatecznego. Dobrotliwy uśmiech papieża odbity w całej kaplicy poświatą, nie tykał jeno tych ciemnych twarzy.
Po chwili, Giggja, nie mogąc znieść milczenia, szepnęła powodowana nieodpartym musem, by coś powiedzieć.
— Wszakże mama poleciła Jasonowi, by zaprosił Hansa Alienusa na śniadanie?
— Znowu, widzę, zaszczycasz Hansa Alienusa swą uwagą.
— Wszakżeś sama zaczęła mówić o nim!
Teraz wmieszała się do rozmowy Elena.