Strona:Verner von Heidenstam-Hans Alienus.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dziewięć tygodni od mego wyjazdu ze Szwecji, a ośm od przybycia tutaj i zamieszkania u was, a przecież radzę sobie już całkiem dobrze z waszą mową.
— Rozumiem go, gdy mówi! — rzekła Elena.
— Oczywiście, ale robi błędy. W dodatku mówi często naprzekór źle, by mnie złościć. Wie, że nic mnie bardziej nie martwi, niż słuchać ludzi, nie umiejących wyrażać swych myśli poprawnie.
— Wspomnij, Betty, ile się napracowałaś przez te tygodnie!
— To jeszcze nic, w porównaniu do mej walki z gramatyką włoską, przed wyjazdem z ojczyzny. Ale nie mówmy o książkach, gdyż boli mnie serce, iż nie mogę się tyle nauczyć, ilebym chciała. jakaż moc jest rzeczy do poznania! Radabym przez całe życie tylko czytać i czytać!
Betty spojrzała w bok i bezwiednie posłała oczy w stronę estrady śpiewaków. Po chwili dopiero oprzytomniała i podniosła znowu pince-nez do oczu, nie wkładając go na nos. Jakże bladzi, a nadęci byli papiescy śpiewacy! Znała Jasona, stojącego w rogu estrady, gdyż mieszkał u tej samej co ona rodziny włoskiej. Był krągły, niby kula, miał strój fioletowy, w ręku zeszyt nut, a oczy jego spoglądały, niby dwie szpareczki z bezbrodej, mączysto białej twarzy, bledszej jeszcze w odbiciu światła dziennego na białym, rurkowanym kołnierzyku koronkowym.
Oczy Betty zeszły ponownie z estrady w tłum › uczestników, pośród których stał Hans Alienus, potem zwróciła je ku ołtarzowi i szepnęła towarzyszkom:
— W każdym razie jest to głupiec!
— Kto? — spytała Giggja.
— Hans Alen... Alienus.