Strona:Verner von Heidenstam-Hans Alienus.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ciocia zapomniała powiedzieć to Jasonowi, ale możemy kazać, by powóz, który na nas czeka przy portalu podwórza, wjechał w bronzową bramę, a wówczas spotkamy go na pewno. Stoi tak daleko w głębi kaplicy, że nie może nas uprzedzić. Ale teraz cicho... sza! Nie wypada tyle paplać tutaj!
Przez długi czas żadna nie rzekła słowa. Potem wreszcie, skończyła się nawet cierpliwość Betty. Czuła, że musi coś rzec, a nie przyszło jej do głowy inne spostrzeżenie prócz tego, że pastylki są zbyt słodkie.
Dwie inne dziewczęta zatonęły tymczasem w modlitwie. Elena kiwnęła głową na znak, że usłyszała, ale nie odparła nic. Twarz Betty przybrała ton sarkazmu.
Akordy Palestriny, łagodne, starcze, jasne i niewinne, fletową falą płynęły z piersi śpiewaków. Wkońcu podniesiono znów tron papieski i starzec znikł w drzwiach kaplicy. Pośród uczestników zapanował ruch, ścisk i zamęt, a każdy usiłował przy pomocy łokci utorować sobie drogę.
— Czemuż marudzisz tak długo, Eleno? — spytała Betty.
— Niemogę się tak pchać. Gdybyśmy się zgubiły w ciżbie...
— Jeśli się nawet zgubimy, to spotkanie nastąpi przy bronzowej bramie! Ano... kto wyjdzie pierwej?
Odległość pomiędzy obiema dziewczętami, a Betty rosła ciągle. Giggja i Elena dały się ciągle mijać przez prących od tyłu, płynęły z falą, podczas gdy Betty, niby guwernantka, nawykłą zdobywać sobie miejsce w gromadzie dzieci, kroczyła spokojnie, ale z świadomą wolą coraz to dalej. Niedługo kaplica była niemal pusta, powietrze przesycała jeno silna woń kadzidła.