Strona:Urke-Nachalnik - W matni.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Na widok jej namiętnych ust, które nt« dawały spokoju, Janek doznał uczucia, jakie u niego zrodziło się w obecności Anieli. Wyczuł w niej ową potęgę kobiecości, która łamie nawet najsilniejszych mężczyzn. Z każdego jej ruchu bił czar niewypowiedzianych rozkoszy, które kusiły i porywały.
— A jak się panu tutaj podobam! — obróciła sie na nodze?
Przed jego oczyma na sekundę zawirowała jej postać W obcisłej wełnianej spódniczce sportowej kibić jej zarysowała się z gracją. Z jej twarzy nie znikał wiele przyrzekający uśmiech.
Janek był odurzony. Nie mógł z nadmiaru szczęścia wydobyć głosu. Pożeracz kobiet stracił naraz mowę i zachowywał się, jak żak.
— biadaj pan... ale bliżej, tu obok mnie — rzekła rozkazująco i kokieteryjnie, zajmując na kozetce pozycję nawpół leżącą.
Janek był oszołomiony. Nie mógł jeszcze wierzyć w to, że nowa znajoma poważnie go traktuje, chociaż niejednokrotnie miał dowody, że cieszy się powodzeniem u kobiet. Pożerał ją wzrokiem.
Dotychczas Janek unikał kobiet, jakby chciał tym dać dowód wielkiego uczucia, jakie żywił do Anieli. Przygodę z Reginą już dawno wymazał z pamięci. Poprzysiągł sobie w duszy, że więcej nie da się naciągnąć. Mimowoli wypłynął w jego wyobraźni obraz Reginy i Jankowi błysnęła myśl: „dlaczego jej nie widać?“
Ale teraz miał przed sobą o wiele piękniejszą i bardziej ponętna osóbkę od Reginy.
Nowa znajoma leżała na kozetce w prowokującej pozie. Jej lśniące jedwabne pończoszki uwydatniały piękny i powabny kształt nóżek. Ładnie uczesaną główkę zdobiła para mądrych, żywych oczu.