Strona:Urke-Nachalnik - Gdyby nie kobiety.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tej chwili czuła się zbrodniarką wobec własnego syna, a on, faktyczny przestępca, wyglądał jak uosobienie prawości. — tak dumnym i wyniosłym wzrokiem spoglądał na nieszczęśliwą kobietę...
— A więc jestem bękartem? — zawołał Wołkow siny z oburzenia.
— Bękartem...
— Uspokój się dziecko moje... Pozwól mi skończyć..
Wołkow zapalił cygaro. Zapomniał, że to on jest godnym potępienia zbrodniarzem, a nie jego chora matka, którą ciemni, sponiewierani rodzice zmusili, by została kochanką wyuzdanego arystokraty... Zaciągał się dymem, nie zważając na to, że to szkodzi chorej.
— Nie pal synku.. Duszno mi..
Wołkow z gniewem zmiął w rękach cygaro, a potem podeptał je nogami.
— Chcesz słuchać dalej synku?
— Poco mi to opowiadasz?
— Zaraz synku... Posłuchaj do końca.
Chora odetchnęła ciężko i ciągnęła dalej.
— Czternaście lat liczyłam, gdy wydałam na świat dziecko.. Ślicznego chłopczyka.
Wołkow zerwał się z miejsca.
— Kogo, mnie?...
— Nie synu...
— A więc mam braci, a może też i siostry? — zawołał z ironią w głosie.
— Nie krzycz, dziecko moje. Nie denerwuj się.. Nie masz nikogo więcej..
Wołkow usiadł z powrotem przy łożu matki. W duchu pomyślał:
„Dobrze, że nie mam spólników do spadku. Po takiej matce i z taką przeszłością trzeba przynajmniej skorzystać...“
— Opowiadaj dalej; słucham cię, mamo — zawołał oschłym głosem.