Strona:Urke-Nachalnik - Gdyby nie kobiety.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Co się z wami dziś dzieje? — nagabywała ich Ada — Nie poznaję was!
Ale wszyscy siedzieli w skupieniu, natężając słuch dla podchwycenia najmniejszego szmeru, dochodzącego z ulicy.
Naraz Janek wstał i zatopił wzrok w Adzie, która czuła, że zmienia się na twarzy pod wpływem jego przenikliwego spojrzenia. Serce zabiło jej silniej, a w mózgu huczało: „czyżby się połapał w komedii przeze mnie zaaranżowanej?“ Postanowiła bronić się do ostatniej chwili, nawet gdyby została zdemaskowana.
— Janeczku — odezwała się — co ci jest? jesteś taki dziwny, a spoglądasz na mnie takimi oczyma, że mnie strach przejmuje. Może jesteś niezdrów?

Wypowiedziała te słowa z takim wzruszeniem i ciepłem, że nikt nie ważyłby się nawet wątpić w to, że ta kobieta jest zakochana w nim po uszy.
Janek nie odpowiedział Adzie. Natomiast spytał towarzyszy:
— Macie broń przy sobie?
Ada czuła, że nogi uginają się pod nią. Czyniła nad ludzkie wysiłki, by panować nad sobą, sytuacją i zebranymi.
Milczek w odpowiedzi na pytanie Janka, roześmiał się głośno.
— Nie ruszam się bez spluwy nawet tam, gdzie cesarz idzie piechotą. A dziś nawet mam przy sobie dwie spluwy. To u mnie już jest w zwyczaju, że, gdy mnie zapraszają gdzieś na ucztę, zabieram ze sobą dwa rewolwery. W życiu różnie bywa. Nasz brat jest już do tego przyzwyczajony.
— Co oznaczają wasze surowe wykazy twarzy? — zaindagowała ich Ada. — Czy uplanowaliście zbiorowe samobójstwo?
— Samobójstwo? — parsknął śmiechem Milczek. —