Strona:Thomas Carlyle - Bohaterowie.pdf/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


szczęśliwie, jak się zdaje; wiele tam brakło do szczęścia. Przypuszczam, że poważnego tego i surowego człowieka, przy niezwykłej jego drażliwości, nie tak łatwo było uszczęśliwić.
Nie wolno nam się skarżyć na biedy Dantego, bo gdyby wszystko szło mu według życzeń, byłby szanowanym przez sąsiadów priorem, podestą (nie chodzi tu o nazwę) Florencyi, a świat straciłby jedno z najdonioślejszych słów, jakie kiedykolwiek wypowiedziano lub wyśpiewano. Florencya miałaby jednego więcej szczęśliwego burmistrza, a dziesięć niemych wieków i nadal pozostałoby bez głosu, i dziesięć drugich wieków (bo będzie ich dziesięć i więcej), słuchając, nie posiadałoby Komedyi Boskiej do słyszenia! Nie skarżymy się bynajmniej: wznioślejszy los przypadł Dantemu, i walcząc — niby na śmierć i ukrzyżowanie prowadzony — nie mógł on się uchylić od jego spełnienia. Czyżby mu należało pozostawić wybór szczęścia? On, jak i my, nie wiedział, co było istotnie szczęśliwe, a co istotnie nędzne.
Pod prioratem Dantego zatargi pomiędzy Gwelfami i Gibelinami, Białymi i Czarnymi, czy też inne jakie zamieszki, doszły do takiego stopnia, że sam Dante, którego stronnictwo zdawało się niby silniejszem, musiał nagle wraz z przyjaciółmi iść na wygnanie, skazany odtąd na życie nieszczęsnego tułactwa. Całą jego majętność skonfiskowano, a w duszy utkwiło mu najgwałtowniejsze przekonanie, iż było to najzupełniejszą niesprawiedliwością oraz zbrodnią wobec Boga i ludzi. Próbował on wszystkiego, aby wrócić do dawnego stanu rzeczy, próbował nawet niespodziewanego napadu orężnego, lecz wszystko na nic się