Strona:Teofil Lenartowicz - Nowa lirenka.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 29 —

Patrząc na ptaka co w leśnéj głuszy
Podlatał w górę jak na strzał z kuszy.
— Wracaj do zamku, wracaj niebawem,
Król ci zapewnie będzie łaskawym
Gdy mu opowiesz moje przybycie,
I już ptaszkowi podaruj życie.

Przez czarne bramy, ciemne przedsienie,
Kędy łby wilcze, rogi jelenie,
Dzikie zwierzęta przerozmaite,
Jastrzęby szare na drzwiach rozbite,
Przypominały myśliwską knieje;
Przez izby z których chłód ciągły wieje,
Gdzie okna, w ołów całe oprawne,
Pomalowali malarze sławne,
Tak, że przez złote Świętych figury,
Słońce świeciło jakby przez chmury,
I na podłogi, na rzeźbne słupy
Poroznaszało złote biskupy,
Twarze dziewicze i patryarsze
W kwiecianych szatach, młodsze to starsze.