Strona:Teofil Lenartowicz - Nowa lirenka.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Łaskawy, a jednakże pod tą słodką maską
Czuć wewnętrzne oblicze rażące niełaską,
Z całą srogością drugie oddawa oblicze
Płomienie Jeruzalem i Szymona bicze.
Marek, filozof Marek, wiecznie coś rozprawia,
By wmówić w siebie wiarę, w drugich wiarę wmawia.
Znamy się przyjacielu, uczona moc wasza,
To poświst podróżnego co trwogę odstrasza,
Nieśmiertelnych milczące usta w wiecznéj sprawie,
Milcząc sternik burzliwéj przywodzi przeprawie,
Chociażby ci niewolnik kość bezkarnie złamał,
Jeśliś nie skłamał męztwa, toś pokorę skłamał.
Na barki to Sokrata Bóg nogę położył,
Ostatni pół-poganin w światłach się rozmnożył;
A i ten nie we świętych..... ale dosyć na tém!
Sokrates pół-człowiekiem[1] Marek pół-Sokratem.
Żegnaj ty! jeden z wszystkich najmniéj duszy wstrętny
Cezarze! w tobie żegnam kamień obojętny,

  1. W znaczeniu ecce homo.