Strona:Teofil Lenartowicz - Nowa lirenka.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Widział Łomnicę i Mnicha z kapturem,
Co na deszcz dymem okrywa się burym.
A siedem stawów i wodę siklawą
Zna doskonale jak dłoń swoją prawą.
A nad brzegami strumienistéj białki,
Gdzie zioła z puchów otrząsają pałki,
Siadał bywało w rozmaitéj trawie,
Śród much, motyli, że go nie znać prawie,
I patrzał, patrzał i powietrzem dychał,
I nic nie myślał tylko się uśmiéchał.
A deszcze po nim szły i wietrzyk suchy
Który roznosi z żółtych kwiatów puchy,
I tęcze po nim szły i słońce skwarne,
Przez twarz i piersi ogorzałe czarne.

Gdzie on nie biegał, na jakie polany,
Ani tam górskie zachodzą barany,
Choć to, co prawda, wielce zwierz ciekawy
Na świeże listki nie koszonéj trawy.
A potem z góry, z krzykiem i hałasem
Zbiegał pod ojca odpocząć szałasem.