Strona:Teofil Lenartowicz - Nowa lirenka.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Czasem drugiego miewa do pomocy,
Z którym zadyma w dudy z całéj mocy,
I od gospody chodząc do gospody,
Choć postarzeje, zawsze bywa młody
Jak jego lasów świerkowe korony,
Których pnie mchowe, wierzchołek zielony.
Chaty nie miewa, — gdzie go noc zaskoczy
Tam i zasypia byle zmrużył oczy.
Sen go ogarnia cichy i swobodny,
Cygany śnią się jeśli zaśnie głodny;
A jak nie głodny, to góry, wąwozy,
I to najmilsze mu beczenie kozy.
Bywa czasami — bo i to się zdarza,
Że we śnie zmora utrapi dudarza:
Śnią mu się równe doliny bez końca
I smutne chaty gdzieś na zachód słońca,
I karczma smutna, nieznajomi ludzie,
Którzy się jego urągają dudzie.
Co on już widział, co jeszcze zobaczy
Jeśli pożyje, Bóg to wiedzieć raczy.
Co najpiękniejsze widział Morskie Oko,
Więc głową kręci że to tam głęboko,