Strona:Teofil Lenartowicz - Nowa lirenka.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 3 —

I swojém światłem ciemność rozprasza;
Owo cudowno dziecina nasza,
Naga na poły i cery płowéj
Jako ów niegdyś Zacharjaszowy,
Od maleńkości modli się w kątku,
Dziwo, skąd taka mądrość dzieciątku.
Pod Opatrzności Bożéj opieką
Dnie na modlitwach Świętemu cieką,
Dnie, lata całe; z białego łyka
Dobre okrycie dla pustelnika,
W drzewnéj plecionce jak zwykła mata
Okrywa nagość przed wichrem świata;
Ach! i przed ludźmi, bo w jakąż knieje
Człowiek nie zajdzie, wiatr nie zawieje?
I ten i owy w pustynie śpieszy,
A Święty co dnia mówi do rzeszy:
— Porzućcie próżne języków sprzeczki,
A z pokorniejcie jako owieczki,
Boście owieczki Chrystusa paszy
Miejscy, rycerze, panowie naszy.
I od dnia do dnia do siebie wabi
Z zutych z żelaza, z drogich jedwabi,