Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 02.djvu/83

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zły, że zapomniałem cię... Ale to nieprawda! Przysięgam ci, że to nieprawda! Powiedz, że mi wierzysz!
Przytuliła się doń:
— Wierzę, wierzę, wierzę...
— I kochasz mnie jeszcze?...
— Kocham. Kocham cię bardziej, niż kiedykolwiek cię kochałam.
— Słońce ty moje! Cudzie mój! A powiedz, czy nie myślałaś o mnie źle?...
Dostrzegł w jej oczach wahanie.
— Źle nie myślałam — odezwała się wreszcie. — Wcale nie. Tylko mi było ogromnie smutno. Tak czekałam... Tak strasznie czekałam... Tyle dni.
— Wierz mi — spoważniał nagle — żeś i tak była szczęśliwsza ode mnie. I ja tyleż dni przeżyłem, lecz były one stokroć, milionkroć cięższe od twoich. Bo ja niczego nie czekałem.
Umilkł i dodał:
— Wprowadzono mnie w błąd.
— Nie rozumiem — potrząsnęła głową.
Jemu jednak trudno było powiedzieć prawdę. Wreszcie ją wykrztusił:
— Zatajono przed mną, żeś ty... ocalała. O, nie sądzę, że zrobiono to ze złej woli. Z początku twój stan był beznadziejny, a później... Przecie nikt nie wiedział, że ty dla mnie jesteś całym światem. Więc nie zawiadomili mnie.
Kiwnęła głową, a w oczach jej zaświeciły łzy:
— Teraz wiem, teraz rozumiem... I... i smutno ci było, że ja nie żyję?...
— Czy smutno?! — krzyknął. — Marysiu! Oto masz dowody! Masz!...
Sięgnął do jednej kieszeni, do drugiej, obszukał wszystkie.
Musiałem te listy zostawić w Ludwikowie na biurku. Ale przeczytasz je jutro.
— Pisałeś do mnie, Leszku? — zdziwiła się.
— Nie do ciebie, szczęście moje! — zaprzeczył, przygryzając wargi. — To były listy pożegnalne. Do rodziców, do przyjaciół. Przyjechałem wczoraj, dziś rano je napisałem. A wieczorem...
Spojrzał na czarne szyby, do połowy zasypane śniegiem:
— A o tej porze... już bym nie żył.
— Leszku! — zawołała ze zgrozą.
— Pocóż mi było żyć bez ciebie!
Przytulili się do siebie i łzy spływały im gęstymi kroplami po policzkach, mieszając się razem. Płakali nad minioną złą przeszłością, nad smutkami serdecznymi, nad rozpaczą, która w nich wypaliła się do dna, płakali nad szczęściem swoim, tak wielkim, tak nieogarnionym, że sami w jego ogromie czuli się zgubieni, maluczcy i nieśmiali.