Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 02.djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ROZDZIAŁ XVII

Leszek nie omylił się. Wyjeżdżając z domu półprzytomny, rzeczywiście listy zostawił na biurku obok niezaadresowanych jeszcze kopert. Po jego wyjeździe w Ludwikowie zapanował chaos. Gospodyni, pani Michalewska, od nadmiaru wzruszeń sama dostała spazmów, a później doprowadzona do stanu jakiej takiej równowagi, opowiadała przebieg rozmowy z Leszkiem tak zawikłanie, że minęło sporo czasu, zanim zdołano ustalić, co właściwie i dlaczego zaszło.
Ustalenie stanu faktycznego było zasługą pana Czyńskiego, po którego oczywiście natychmiast posłano do fabryki. Nie ograniczył się on do wybadania Michalesi. Od służby dowiedział się, że Leszek wzywał ogrodnika, od ogrodnika zaś, że ten otrzymał polecenie pościnania wszystkich najpiękniejszych kwiatów w oranżerii.
Ma się rozumieć, że nie zaniedbał pan Czyński również stwierdzenia przy pisaniu jakich to listów zastała Leszka gospodyni. Był przy tym tak ostrożny, że mimo dość energicznych upominań się rodziny, nikogo do pokojów syna nie wpuścił. Dlatego też mógł w skupieniu listy przeczytać.
Skupienie nie wykluczało jednak bynajmniej tego, że podczas lektury ręce pana Czyńskiego zaczęły drżeć, a na czoło wystąpiły mu kropie potu. Treść listów w zestawieniu z relacją gospodyni, nie zostawiała żadnych wątpliwości, i aż nadto dobitnie wyjaśniała przyczyny apatii Leszka i potem nagłego jego wyjazdu.
Toteż gdy wróciła pani Czyńska, i gdy pan Stanisław poprosił ją do gabinetu, mógł zwięźle opisać niedawne zdarzenia a także przedstawić sytuację:
— Leszek dziś rano zawezwał ogrodnika i polecił mu pościnać wszystkie niemal kwiaty w oranżerii. Oświadczył, że sam je zabierze i nie wyjaśnił dokąd. Potem siadł do pisania listów. Zanim ci je dam, droga Elu, do przeczytania, muszę cię zapewnić, że już nie są aktualne i że to niebezpieczeństwo minęło.
— Jakie niebezpieczeństwo? — rzeczowo zapytała pani Czyńska.
— Samobójcze zamiary Leszka.
Pani Eleonora zbladła:
— To nonsens! — zmarszczyła brwi.
— Czytaj! — odpowiedział jej mąż, podając zapisane arkusiki papieru.
Czytała szybko i tylko przyśpieszony jej oddech świadczył, że jest to wielkie dla niej przeżycie. Po skończeniu siedziała milcząca z zamkniętymi oczyma. Twarz jej nagle postarzała.