Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 02.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wyszła, a Leszek z rozczuleniem zaczął przyglądać się wszystkim szczegółom urządzenia izby. Wszędzie tu było znać Marysine upodobanie do czystości i do estetyki. Ileż musiały się napracować te biedne rączęta!
— Już teraz to się skończył — myślał i ogarniała go ogromna radość.
Za oknami padał śnieg wielkimi płatami, coraz gęściej i gęściej.
— Żeby tylko nie zabłądziła — zaniepokoił się.
Nagle usłyszał tupanie w sieni. Był pewien, że to ona. Stanął na środku izby i czekał. Drzwi otworzyły się. Marysia zatrzymała się w progu, krzyknęła i byłaby padła, gdyby w porę nie porwał jej w ramiona. Obsypywał pocałunkami jej usta, oczy, pod dotykiem jego rąk tajał śnieg na płaszczu.
Zwolna odzyskiwała przytomność.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor page082.jpg

— Kochanie moje jedyne — szeptał. — Szczęście moje... Nareszcie cię mam przy sobie żywą i zdrową i moją... Wszystko się spiętrzyło przeciw nam, ale teraz już nic nas nie rozłączy, nic nie rozdzieli.. Pewno myślałaś o mnie, że jestem