Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 02.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Co tam? — odezwał się z sieni głos Antoniego Kosiby.
— Ratuj ich! Ratuj! I moją duszę przeklętą! — rzucił się ku niemu. — Oni żyją!
Wasil zajrzał mu w oczy i powiedział:
— To Zenon rymarza Wojdyłły.
— Co się stało? — rozległ się obok głos Prokopa
— Rozbili się z motocyklem! — trzęsąc się jak w febrze mówił Zenon — Ale żyją!
— Kto?! Człowieku, kto?!... —

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor page035.jpg
Ratuj ich! Ratuj!...

Odpowiedzi już nie trzeba było. Właśnie podjechała furmanka. Na wozie leżały dwa nieruchome ciała. Z izby wybiegł Witalis, przyleciały i baby, przyniósły światło.
Oblepiona soplami krwi twarz młodego Czyńskiego robiła straszne wrażenie, ale oczy miał otwarte i zdawało się przytomne. Natomiast blada jak papier twarzyczka Marysi robiła wrażenie umarłej. Wśród jasnych włosów nad skronią sączyła się krew. Znachor pochylony nad wozem badał puls.
Chłopi opowiadali jeden przez drugiego:
— Akurat przejeżdżalim koło Wickuńskiej drogi, kiedy ten wyleciał i krzyczy ratunku. Biegniem zobaczyć, a tu Boże odpuść, leżą na drodze...
— Na tym to motocyklu rozbili się. Pień ktościś na drodze zostawił, a oni o ten pień, i wiadomo...
— To my w radę, co robić, a ten na kolana pada, po rękach całuje. Ratujcie, powiada, wieźcie do doktora do miasteczka, bądźcie, powiada, chrześcijanami...