Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 02.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Nagle w tej ciszy zaczął ujadać pies. Zbudzone gęsi odezwały się głośnym gęganiem.
— Ktoś jedzie do nas — powiedział Wasil.
— To wyjrzyj — mruknął znachor.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor page034.jpg
Prokop odprawiał właśnie twoje wieczorne pacierze.

Wasil obtarł rękawem organki, schował je do kieszeni i nie śpiesząc się wyszedł na dwór. Wyraźnie posłyszał turkot wozu i zmieszane głosy ludzkie. Wiele głosów, musiało ich być z osiem, albo i dziesięć ludzi. Jeden biegł przodem, sapiąc z wysiłku. Gdy dobiegł do Wasila i zatrzymał się w świetle padającym z okna, ten aż cofnął się:
— Co za czort?! — zapytał groźnie, by dodać sobie odwagi.
Przybysz z twarzą i rękami umazanymi krwią i z obłędnym wyrazem twarzy zabełkotał ochryple:
— Do znachora... Ratunku... Oni żyją jeszcze...
— W imię Ojca i Syna, kto?
— Prędzej, prędzej! — zajęczał przybyły. — Znachor, Znachor!