Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— W izbie, panoczku!...
Lekarz wyskoczył z bryczki i pchnął drzwi. Już w sionce uderzył go przykry zapach juchtowej skóry, dziegciu i kiszonej kapusty. W izbie zaduch był nie do zniesienia. Stosy rupieci i brud pokrywający podłogę, szyby w oknach i wszystkie sprzęty... Nie zawiodło to przewidywań lekarza. Pod ścianą siedziała baba z wyraźnymi objawami żółtaczki. Ogromny, barczysty brodacz o siwiejącym uwłosieniu stał pochylony nad stołem i mieszał jakieś suszone zioła, po czym je próbował.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01 page089.jpg

— To wy jesteście znachor? — ostrym tonem zapytał dr. Pawlicki.
— Ja jestem robotnik we młynie — odpowiedział krótko Antoni, rzuciwszy niechętne spojrzenie na przybysza.
— Ale ośmielacie się leczyć! Trujecie ludzi! Czy wiecie, że za to jest kryminał?!
— Czego pan chce i kto pan taki? — spokojnie zapytał znachor.
— Jestem lekarzem, doktorem medycyny. I nie wyobrażajcie sobie, że będę przez palce patrzeć na to, jak wy zatruwacie ludność.
Znachor skończył z ziołami, zawiązał je w chustce i podając tobołek kobiecie, powiedział:
— Dwie szczypty na kwartę wody, tak, jak mówiłem. I pić gorące. Na czczo połowę i wieczorem połowę. Rozumiesz?
— Rozumiem.
— To i z Bogiem
Babina podziękowała i stękając, wyszła. Znachor usiadł na ławie i zwrócił się do lekarza: