Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Pilno to mu nie pilno. Bo powiadają, że ten znachor jak kogo leczy, to jakby ręką odjął.
Lekarz wybuchnął:
— Co za ciemnota! Co za ciemnota! Czyż nie rozumiecie, że zwykły dureń, który nie tylko o medycynie, lecz nawet o anatomii nie może mieć pojęcia, to niebezpieczeństwo dla ludzkiego życia?
— Ja tam nie rozumiem — bąknął stangret.
— Zaraz wam wytłumaczę. Przypuśćmy, że wam najlepszy koń zachoruje. To do kogo pójdziecie? Do weterynarza, czy do pierwszego lepszego głupca, co nie odróżni, gdzie u konia ogon, a gdzie głowa?
Ignacy zaśmiał się:
— Ktoby tam nie odróżnił... A po co ja mam przypuścić do tego, żeby mi koń zachorował?... Jeżeli człowiek o konia dba, a koń dobry, to po cóż mam przypuścić do choroby, na psa urok.
Dr. Pawlicki machnął ręką, po chwili jednak odezwał się znowu:
— A widzicie, samiście mieli dość rozsądku, żeście nie jeździli po tego znachora, tylko po mnie.
— A co miałem robić? Jakbym z pustą bryczką przyjechał, to pan dziedzic wykląłby mnie. Toteż biorę na rozsądek i myślę: tamten nie chce, to pojadę po pana doktora.
— Kto nie chce?
— A ten... znachor ód Mielnika.
— Jak to nie chce?
— Bo on nie chciał. Ja, powiada, czasu nie mam po waszych dziedzicach jeździć, powiada. To nie widzisz, powiada, ilu ludzi chorych czeka?... Tak mówi, a ja patrzę, rzeczywiście narodu kupa. Niczym na rynku w czwartek. To ja do niego, że dziedzic, mówię, zapłaci ci więcej, jak one wszystkie tu zebrane, tylko, wiadomo, żeby mu pomógł. To on powiada: Jak dziedzic jest chory, to niech przyjedzie, jak inni. A pieniędzy nie potrzebuję... — Co miałem robić?... Zawróciłem i koniec. Sam przecie wiem, że on pieniędzy nie bierze.
— Ale produkty bierze — zawołał Pawlicki.
— Nie, produkty też nie bierze! Ot, masło, jajka czy kiełbasy. Nie jest chytry.
Lekarz zacisnął szczęki. Przybywszy do majątku, nie robił nawet wyrzutów panu Kijakowiczowi, ale w powrotnej drodze kazał Ignacemu zboczyć do młyna.
Przed młynem, a raczej na dziedzińcu, koło przybudówki stało kilkanaście furmanek. Wyprzężone konie flegmatycznie skubały siano. Na wozach leżeli chorzy. Siedmiu czy ośmiu chłopów siedziało na belkach pod chlewem, paląc papierosy.
— Gdzie jest ten... znachor — zawołał dr. Pawlicki.
Jeden z chłopów wstał i wskazał ręką drzwi.