Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


tytoniowego, a następnie zaczął rozróżniać szept. Dwaj ludzie rozmawiali. Tak, poznał głos ojca i Antoniego.
Z trudem otworzył oczy. Po chwili oswoiły się ze światłem. Nad nim stał ojciec, a obok Antoni wycierający ręce.
— Oczy otworzył — powiedział ojciec. — Synoczku, Wasilku! Bóg ma nad nami grzesznymi miłosierdzie! Niech Jego imię będzie sławione na wieki wieków! Synoczku, żyjesz że ty? Żyjesz?...

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01 page077.jpg

— Co nie ma żyć — wtrącił się Antoni. — Żyje i powinien wyzdrowieć.
— To ty mnie nogi zestawiał? — szeptem zapytał Wasil.
— A jakże. I wszystko dobrze udało się. Strasznie ty je miałeś połamane, a ten doktór to jeszcze tobie szkody narobił. Teraz musisz leżeć spokojnie. Powinno wszystko zrosnąć się.
— I będę... będę chodzić?...
— Będziesz.
— Jak wszyscy?
— Tak samo.
Powieki Wasila opadły znowu.
— Zasnął — objaśnił Antoni. — Niech śpi. Sen siłę daję.