Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Widzisz — mówił, — ja wiem, żeś odważny, że zaciśniesz zęby i ani piśniesz. Ale możesz mimowoli drgnąć i dlatego muszę cię przywiązać. Bo takie drgnięcie popsułoby mi robotę. Dobrze?
— Wiąż — szepnął Wasil.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01 page076.jpg

— I nie patrz tutaj. Spoglądaj sobie na pułap, albo przez okno na chmurki na niebie.
Ten spokojny głos przynosił nerwom Wasila ukojenie, Czuł, jak mocno opasują go sznury, był teraz przytwierdzony do stołu tak, że ruszyć się nie mógł. Zezując w bok, zauważył, jeszcze, że Antoni zakasał wysoko rękawy i długo mył ręce w parującej wodzie.
Potem zabrzęczały narzędzia, jeszcze sekunda i na prawej nodze uczuł, jakby dwa szybkie dotknięcia rozpalonego drutu. Jeszcze dwa!... Ból stawał się coraz dotkliwszy. Wasil zacisnął szczęki z całej siły, do oczu napłynęły łzy. Zdawało mu się. że mijają godziny, a ból wciąż wzrastał... Wreszcie przez zaciśnięte zęby wydobyło mu się przytłumione długie wycie:
— Aaaaa...
Nagle na zbolałą nogę spadło silne uderzenie. Ból był tak potworny, że ogniem napełnił szpik w kościach i targnął mięśniami w śmiertelnym skurczu. W oczach zawirowały srebrzyste punkciki.
— Umieram — pomyślał i opadł bezwładnie.
Gdy odzyskał przytomność, pierwszym jego wrażeniem był smak wódki w ustach. Czuł się bezgranicznie osłabiony. Nie mógł podnieść powiek, nie mógł zdać sobie sprawy, gdzie się znajduje i co się z nim stało. Potem poczuł zapach dymu