Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Była to wata i jodyna. Bandaże sporządził Antoni sam z dwóch prześcieradeł.
Wieczorem przeniesiono Wasila i obaj spędzili już tę noc razem w przybudówce. W przybudówce była duża izba z trzema oknami i ciemna alkowa. Wasilowi postawiono łóżko w izbie. Alkowę zajął Antoni. Tak samo, jak i w izbie domowej pod ścianami były tu ławy, a w kącie duży stół.
Wasil nie mógł zasnąć. Wciąż wypytywał Antoniego o różne szczegóły.
— Spałbyś już — ofuknął go wreszcie Antoni. — Co boisz się bólu, jak baba?
— Ja nie boję się bólu. Gdzież tam. Sam zobaczysz. Ani jęknę. I o to tylko cię proszę, ty nie zważaj na ból. Ja przetrzymam. Byle dobrze było.
— Będzie dobrze.
O świcie młyn ruszył normalnie. Z tą tylko różnicą, że obie młode kobiety musiały pójść do pomocy na miejsce Antoniego.
— Cóż to, Prokop — podżartowywali chłopi — ty babami młyn pędzisz?
Ale Prokop na żarty nie odpowiadał. Nie to mu było w głowie. Robił swoje, lecz wciąż modlił się w duchu.
Tymczasem słońce wydostało się już z mgieł, wiszących nad horyzontem i zalało świat ciepłą jasnością. W przybudówce zrobiło się zupełnie widno.
Krzątający się już od dawna Antoni, mruczał coś pod nosem. Wasil wodził za nim wzrokiem i nie odzywał się. Ten brodaty olbrzym wydawał mu się człowiekiem niesamowitym, tajemniczym i niebezpiecznym. W jego zachowaniu się, w pośpiechu i w nagłych krótkich zamyśleniach, w półuśmiechach i w marszczeniu brwi, było coś, co wywoływało zabobonny strach. Wasil wiedział, że nikt tu teraz nie przyjdzie, i że zdany jest na jego łaskę. Wiedział też, że żadne prośby nie pomogą, że Antoni nie odstąpi za nic od planu. Byłby może krzyczał o ratunek, lecz i na to nie mógł się zdobyć. Patrzał, jak urzeczony na niezrozumiałe czynności Antoniego, na to, jak ten powrzucał różne narzędzia do wrzącej wody, jak owinął się prześcieradłem, jak ustawiał na taburecie zwitki bandażów... Jak wydobył skądś postronki...
Wasilko pomyślał, że tak musi wyglądać kat, szykujący się do zadawania tortur. Toteż ogarnęło go zdziwienie, gdy nagle usłyszał nad sobą ciepły i serdeczny głos, tak różny od zwykłego tonu Antoniego.
Antoni pochylił się nad nim i mówił pogodnie i życzliwie:
— No, przyjacielu, śmiało, po męsku! Trzeba trochę pocierpieć, jeżeli chcesz być znowu dzielnym, dziarskim chłopcem. Wszystko pójdzie dobrze. No, oprzyj się na mnie.
Wziął go na ręce i ułożył na stole.