Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
— 47 —

Ale wokół roztaczała się rozległa i przepiękna Puszcza Odryniecka, tysiąc hektarów porosłych gęsto sosnami i jodłami, dębami i brzozami, podszyta leszczyną i jałowcem, poprzeżynana krętymi wąskimi dróżkami, na których częściej spotykało się ślady dzika czy rogacza, niż konia lub człowieka. Z lotu ptaka cała ta ogromna przestrzeń wyglądała jak mieniący się zielony aksamit, w który powyszywano gęsto błyszczące tafelki dżetów. Bo i wód tu nie brakowało. Małe i większe jeziorka, połączone ukrytymi w łozach i olchach strumykami, sprawiały, że łatwiej było puszczę objechać łódką niż obejść piechotą. Łódkami też najczęściej posługiwali się nieliczni gajowi.
Tylko do dworku w środku puszczy musieli iść piechotą. Dworek stał na wzgórzu, na niewielkiej polanie, ze wszystkich stron otoczonej wysokim murem starego lasu. W dworku mieszkał leśniczy, pan Jan Oksza, syn starego Filipa Okszy, który przez lat z górą czterdzieści Puszczą Odryniecką zarządzał, a po śmierci synowi i posadę i wszystko co miał, zostawił. Młody uczęszczał od dzieciństwa do szkół do Wilna, a później do Warszawy wysłany, wrócił po latach z dyplomem leśnika w kieszeni, z żoną i z córeczką, w dworku zamieszkał i już piąty rok nieograniczoną władzę w puszczy sprawował. Nieograniczoną, gdyż jego zwierzchnik, pan Poleszkiewicz. we wszystkim mu ufał, do niczego się nie wtrącał i do leśniczówki jeżeli zaglądał to nie po to, by książki sprawdzać, lecz by z panią Beatą Okszyną pogadać, z panem Janem partyjkę szachów zagrać, lub małą Marysię na siodle przed sobą usadowić i „powozić“ po polance. Był to zresztą niemal jedyny gość, który do leśniczówki zaglądał.
Pan Oksza, widać po ojcu, odziedziczył usposobienie odludka; do sąsiadów, których zresztą daleko przyszłoby szukać, nie lgnął, a i oni go nie nachodzili. Domator też był pomimo młodego wieku wielki, czemu nie dziwiono się również, gdyż żonę miął piękną i — jak mówił gajowy Barczuk — „bardzo przychylną“, córeczkę jak aniołka i szczęście w domu.
Toteż i wyjeżdżał nader niechętnie. Ilekroć zmuszony był wybrać się do powiatowego Brasławia, albo, Boże nie daj, do samego Wilna, wyjazd z dnia na dzień odkładał, może i z tego powodu, że trochę „słabował“ na zdrowiu, a podróż męczyła go bardzo. Bywało jak się trochę zaziębił to krwią pluł i w łóżku musiał leżeć. A że dobry był człowiek, ludzki i sprawiedliwy, wszyscy podwładni żałowali go bardzo, patrząc jak w oczach niknie. Dwa razy to nawet doktora doń trzeba było przywozić, co nie łatwo i drogo, bo osiem mil to nie fraszka. Mówili ludzie, że młody leśniczy już z tego nie wyjdzie i na to rzeczywiście wyglądało.
Lato w puszczy jest piękne. Mocno pachnie żywica, powietrze ciepłe jak w piecu, rozmaitych muszek tyle, że aż w uszach brzęczy. Chwieją się wierzchołki smukłych sosen, wiatr szumi