Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


było przykazane, inni, korzystając z braku kontroli, wysypywali je wprost na pole.
Stary Paweł Bańkowski, gospodarz z Brzozowej Wólki lubił jednak uczciwą robotę. Dlatego właśnie podjechał nad gliniankę i systematycznie wypróżniał swoją furę. Nie spieszył, bo i kobyle trzeba było dać wypocząć przed drogą a i sam cierpiał już na zadyszkę, co w jego wieku było rzeczą zrozumiałą.
Właśnie skończył i mościł sobie na pokrywie worek z resztkami siana, gdy z dołu posłyszał wyraźne stękanie. Przeżegnał się na wszelki wypadek i nastawił uszu. Stękanie odezwało się głośniej.
— Ej tam! — zawołał. — Co za licho?
— Wody — zajęczał słaby głos.
Głos ten wydał się Pawłowi Bańkowskiemu znajomy... Właśnie wieczorem jechał do miasta i widział Mateusza Piotrowskiego z Byczyńca, który tak samo jechał i też na zwózkę śmieci. Coś tknęło Bańkowskiego, że to właśnie Piotrowski i głos ten sam i zawsze do tej glinianki zsypywał. A i wypić lubił. Po pijanemu wpadł do dołu, może sobie co przetrącił i leży.
Rozejrzał się. Ciemnojeszcze było, na wschodzie ledwie szarzało. Jeżeli Piotrowski swoją furmankę, tu zostawił, koń na pewno sam powlókł się do Byczyńca.
— A to wy, panie Piotrowski? — zapytał. — Wpadliście, czy jak?...
Jedyną odpowiedzią był cichy jęk.
— A może go te miejskie urządziły? — zastanowił się gospodarz. Po ludziach z miasta wszystkich najgorszych rzeczy zawsze się spodziewał.
Pomacał nogą pochyłość, po namyśle wrócił do konia, odwiązał postronki zastępujące lejce, zczepił je, mocnym supłem przywiązał do osi i trzymając się sznura zszedł na dół
— Panie Mateuszu, a odezwijcie się, bo ciemno — zawołał. — Gdzie wy?
— Wody!... — posłyszał głos tuż przy sobie.
Pochylił się i namacał ramię.
— Nie mam wody, skąd woda? Musicie wyleźć na wierzch. A gdzie wasz koń?... Pewnikiem sam do domu poszedł?... No, nie dźwignę was, spróbujcie wstać.
Ubił nogami śmiecie, zaparł się i szarpnął bezwładnym ciężarem.
— Ruszcie się. Dalej go! No! Sam nie dam rady
— Nie mogę.
— Ooo! Nie mogę! Natężcie się. Dyć nie będziecie tu zdychać.
Ręce Bańkowskiego natrafiły na gęstą ciecz oblepiającą włosy. Powąchał swoje palce i zapytał: