Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lekiej drogi. Za rogiem w ciemnej pustej uliczce czekała dorożka z nastawioną budą. Bez słowa władowali Wilczura do środka i wcisnęli się z nim. Dorożkarz zaciął konia.
Po kilkunastu minutach domy przerzedziły się. Po obu stronach tu i owdzie między parkanami błyskało światełko naftowej lampy. Wreszcie i te znikły. Natomiast w nozdrza uderzył cuchnący odór wielkich zwalisk śmieci. Dorożka skręciła w bok, ustało od razu klaskanie kopyt końskich. Na miękkiej gruntowej drodze nie było ich słychać. Dojechali do pierwszej glinianki.
— Stój, najlepiej tu — odezwał się cichy głos.
Nasłuchiwali przez chwilę. Z daleka jednostajnym głosem buczało miasto. Tu dokoła panowała zupełna cisza.
— Wylewaj go — rozległa się krótka komenda jednego ze zbirów.
Trzy pary rąk wczepiło się w bezwładne ciało. Po chwili zawartość kieszeni została wyjęta. Bez trudu zdjęli też palto, marynarkę i kamizelkę. Nagle, widocznie pod wpływem zimna, Wilczur oprzytomniał i zawołał:
— Co to, co robicie?...
Jednocześnie usiłował poderwać się z ziemi. W chwili jednak, gdyż już stał na nogach, otrzymał straszny cios w tył głowy. Bez jęku zwalił się niczym kłoda. Ponieważ zaś padając zatoczył się aż na brzeg wielkiego dołu, do którego zsypywano śmieci, ciało po pochyłości zsunęło się na dno.
— Cholera! — zaklął jeden — nie mogłeś przytrzymać?
— A po co?
— Durny szczeniak! Po co! Złaź teraz do glinianki po buty i portki.
— Sam złaź, kiedyś taki chytry.
— Co ty powiesz?! — zbliżył się doń groźnie pierwszy.
Zanosiło się na rozprawę, gdy ozwał się flegmatyczny głos dorożkarza, który dotychczas w milczeniu palił papierosa.
— A ja mówię: jadziem. Chcecie, żeby nas tu nakryli?...
Mężczyźni opamiętali się i wskoczyli do dorożki. Koń ruszył z miejsca. Przed wjazdem na główną szosę zatrzymali się, dorożkarz wyciągnął spod kozła stary worek i dokładnie obtarł wszystkie koła ze śmieci, które się do nich poprzylepiały, poczem wskoczył, cmoknął na szkapę i wkrótce na polach zapanowała dawna cisza.
W ciągu dnia nikt tu nie zaglądał, a nocą tym bardziej. Nad ranem tylko zaczynał się przy gliniankach ruch. To chłopi z wiosek, położonych w promieniu kilkunastu kilometrów od stolicy, trudniący się wywożeniem śmieci z miasta, przyjeżdżali ze swoim cuchnącym ładunkiem. Przyjeżdżali, wysypywali z fur śmieci i z paruzłotowym zarobkiem wracali do domu. Sumienniejsi zwalali nieczystości wprost do glinianek, tak jak