Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 14 —

Rzucił okiem na służbę, by sprawdzić wrażenie, lecz we wzroku gosposi i lokaja było tylko zgorszenie.
– Głuptasy – pomyślał.
– Panie profesorze... – zaczął znowu Bronisław, a Michałowa zadreptała na miejscu.
– Milczcie, do licha – szepnął i wymijając ich, otworzył drzwi do salonu.
Spodziewał się zastać Beatę z córeczką albo w różowym pokoju albo w buduarze.
Przeszedł sypialnię, buduar, dziecinny. Nie było ich. Zawrócił i zajrzał do gabinetu. I tu było pusto. W otwartych drzwiach do jadalni stała pokojówka. Miała twarz zapłakaną i zapuchnięte oczy.
– Gdzie jest pani? – zapytał zaniepokojony.
Dziewczyna w odpowiedzi wybuchła łkaniem.
– Co to jest? co się stało?! – zawołał, już nie hamując głosu. Przeczucie jakiegoś nieszczęścia chwyciło go za gardło.
Gospodyni i Bronisław wsunęli się cicho do jadalni i stali w milczeniu. Powiódł po nich przerażonym spojrzeniem i krzyknął rozpaczliwie:
– Gdzie jest pani?!

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01 page016.jpg

Nagle wzrok jego zatrzymał się na stole. Przy jego nakryciu oparty o wysmukły kryształowy kieliszek stał list. Bladoniebieska koperta z wysrebrzonymi brzeżkami.
Serce skurczyło się mu gwałtownie, w głowie zawirowało. Jeszcze nie rozumiał, jeszcze nic nie wiedział. Wyciągnął rękę i wziął list, który wydał mu się sztywny i martwy. Przez chwi-