Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


trzymał go w palcach. Na kopercie adresowanej do niego poznał charakter pisma Beaty. Duże kanciaste litery.
Otworzył i zaczął czytać:
„Drogi Rafale! Nie wiem, czy zdołasz wybaczyć mi kiedykolwiek to, że odchodzę...“

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01 page017.jpg

Wyrazy zaczęły drgać i wirować przed oczami. W płucach zabrakło powietrza, na czole wystąpiły krople potu.
— Gdzie ona jest — krzyknął zdławionym głosem — gdzie ona jest?!!
I potoczył wzrokiem dokoła.
— Pani odjechała z panienką — wybąkała cicho gosposia.
— Kłamiesz! — ryknął Wilczur — To nieprawda!
— Sam sprowadziłem taksówkę — przyświadczył rzetelnym tonem Bronisław, a po chwili dodał: — i walizki znosiłem. Dwie walizki...
Profesor zataczając się wyszedł do sąsiedniego gabinetu, zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie. Próbował czytać dalej list, lecz minęło sporo czasu zanim potrafił zmusić się do zrozumienia treści. List brzmiał tak:

„Nie wiem, czy zdołasz wybaczyć mi kiedykolwiek to, że odchodzę. Postępuję podle, wypłacając Ci się tą krzywdą za Twoją wielką dobroć, której nigdy nie zapomnę. Ale dłużej zostać nie mogłam. Przysięgam Ci, że miałam tylko jedno inne wyjście: śmierć. Jestem jednak tylko słabą kobietą. Nie umiałam zdobyć się na bohaterstwo. Już od wielu miesięcy walczyłam z tą myślą. Może nigdy nie będę szczęśliwa, może nigdy nie zaznam spokoju.