Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Trzecia płeć.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


myślała, że Wanda nazwałaby to hipokryzją: stąd wynika, że hipokryzja jest konieczna; jakżeby i poco miała przed tą miłą panią przyznawać się, że spędziła noc bezsennie.
— Obawiałam się, że Buba przegada z panią całą noc.
— Mamusiu! — oburzyła się Buba
— Ależ bynajmniej — zaśmiała się Anna.
— Ona panią uwielbia i teraz, kiedy panią poznałam, wcale się temu nie dziwię.
— Pani jest naprawdę zadobra dla mnie — lekko zmieszała się Anna.
— O, nie. — uśmiechnęła się pani Kostanecka — w zasadzie byłam bardzo przeciwna temu, że Buba pracuje. Wprawdzie nie mogłam jej zabronić. Autorytet matek ostatniemi czasy nie wiele znaczy, ale obecnie cieszę się, że ma taką zwierzchniczkę. Cieszę się i jestem spokojna. Z Buby w gruncie rzeczy niezła dziewczyna, ale to jeszcze dziecko.
— Obrażasz mnie, mamo — zaprotestowała Buba.
Pani Kostanecka spojrzała na nią z rozczuleniem:
— W wielu rzeczach potrzeba jej jeszcze rady, opieki, nawet nagany...
— Skracaj się, mamo — zniecierpliwiła się Buba — opowiadasz o mnie straszliwe historje i przez ciebie spóźnimy się do biura.
— Ach, ja nie zatrzymuję...
— Zdążymy — uspokoiła ją Anna — mamy jeszcze cały kwadrans, a to przecie trzy kroki.
Buba jednak przeszła już do przedpokoju.
— Pani Anno — zniżyła głos jej matka — bardzo też panią proszę zwrócić łaskawie uwagę, by ta mała w biurze unikała zbliżenia z nieodpowiednimi ludźmi. Pracuje tam podobno kilku bardzo przyzwoitych młodzieńców, nie chciałabym jednak, by przy jej braku