Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Ich dziecko.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Swoją receptę zaś tak skutecznie wprowadzał w czyn, że do południa nie udało się bolszewikom uplasować przed ich odcinkiem ani jednego „pieska“. Wkrótce nieprzyjaciel zaniechał ataków, natomiast jego artyleria widocznie zdobyła lepszego obserwatora, gdyż pociski zaczęły gęsto padać na polskie okopy. Z pagórka Justyn widział jak na dłoni swoją kompanię, cofającą się ku zaroślom. W tej samej chwili granat wyrżnął w lewy stok pagórka i Justyn po raz pierwszy zobaczył śmierć: szeregowiec Duchoń stoczył się do leja. Wybuch zerwał mu połowę czaszki.
Upadł z rozkrzyżowanymi rękami. Na piasek bluzgała jaskrawo czerwona krew.
— Jezus, Maria! — wyszeptał jeden z żołnierzy.
Justyn był blady, jak płótno. Przed minutą częstował Duchonia papierosem, przed minutą leżał obok niego na krawędzi leja…
— Biedak — mruknął Domaszewicz — jeszcze wojny nie powąchał i już po nim.
W kwadrans potem drugi pocisk spadł tuż przy wzgórzu, a jego odłamki zraniły dwóch szeregowców: Łomacki dostał w sam łokieć i wył z bólu, Kosiak trzymał się oburącz za udo, z którego obficie spływała krew.
— Do licha! — zaklął kapral. — Macie opatrunki?
Mieli w plecakach. Domaszewicz z wprawą zabrał się do bandażowania. Gdy skończył, powiedział:
— Wy, Żurkowski, musicie ich odprowadzić na tyły, do wsi. Tam zameldujecie się u dowódcy i powtórzycie, że zostałem tu przy maszynce tylko z szeregowcem Kielskim. Proszę o przysłanie czterech albo pięciu ludzi. Amunicji mam dość. Żarcia też.
Żurowski z pojękującym Łomackim wzięli pod ręce Kosiaka i pokuśtykali ku swoim. W leju zostali Domaszewicz i Kielski.
— No, otrząśnij się bracie — zawołał kapral — napatrzysz się jeszcze lepszych rzeczy.
Justyn siedział z podkurczonymi nogami i nie mógł wydobyć z siebie ani słowa. Ziemia w leju nasiąkła rudymi plamami.