Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


. Czynił to z wielką rewerencyą, duchownej osobie należną, jednocześnie, z wielkiem ożywieniem opowiadając coś, czego pop słuchał niedole uważnie, przytakiwał jednak chrząkaniem 1 poważnem pochylaniem głowy.
W najobszerniejszej izbie płomiennooki cygan jakąś aryę taneczną rzępolił na skrzypcach.
Akompaniowała mu na bębenku dziewczyna, w ponsowej, złocistemu szychami lamowanej spódnicy i w ponsowym manszestrowym turbanie na kędzierzawej głowie.
Kilkanaście par przy dźwiękach tej hałaśliej muzyki po izbie wirowało, z przytupywaniem i przyśpiewkami sprośnemi.
We wszystkich izbach mniejsze i większe stoły obsiedli ludzie, posilający się z taką żarłocznoscią niezwykłą, jakgdyby po wieludniowyna, przymusowym poście przybyli wprost z ogłodzonej fortecy.
Usługujący chłopcy w kaftanach i fartuchach, które przed paru dniami zapewne były białe, raz po raz pod fartuchy chowali butelki wódki, albo wina, albo też kawały mięsa i ciasta, nieznacznie porwane ze stołu biesiadników.
Inni sługusy we framudze, za olbrzymim piecem ukrytej, wylizywali półmiski i wysączali ostatnie krople ze sprzątniętych, już oprożnionych butelek.
Człowieka, który tak, jak ja, nie przywykł do podobnej atmosfery, sam odór tych potraw